Jak czytać listy

Mija tydzień od oficjalnego zarejestrowania kandydatów do Sejmu. Emocje związane z nazwiskami już minęły. Teraz czas na zrozumienie ich sekwencji i sensu.

PSL. Tu wszystko działa po staremu. Na lidera wykreował się marszałek, który stara się nie opuszczać żadnej gminnej imprezy, by ludność go widziała. Czas posłanki w mundurze strażackim już mija. PSL, walczy o przetrwanie, na drugi mandat nie ma szans. Pozostali kandydaci również tomaszowscy robią za tło i wspierając listę liczą, że ich nazwiska ugruntują się w pamięci aż do wyborów samorządowych.

Zjednoczona Lewica. Lista pokazuje, to co wiemy od dawna. SLD w Tomaszowie nie istnieje. Wódz tonąc pilnował, by reszta szła z nim na dno. Honor tomaszowian próbuje ratować Marek Krawczyk startując z ostatniej pozycji na liście. Krawczyk już parę lat temu musiał pożegnać się z SLD, bo był zbyt samodzielny i popularny, a ponieważ to polityczne zwierzę w najlepszym wydaniu tego słowa, długo poza polityką nie wytrwał. Teraz, będąc w Twoim Ruchu, bez przekonania i bez pieniędzy na kampanię może tylko próbować przypominać mieszkańcom naszego miasta, że kiedyś Tomaszów był czerwony. I nikt się tego nie wstydził.

PiS. Prezydent Witko zalicza porażkę za porażką. Partia, która niepodzielnie rządzi w mieście nie ma najmniejszych szans na „swojego” posła. Lista ułożona jest tak, by nikt z miasta nie wziął mandatu. Zosia na dwunastce to osobista porażka tomaszowskiego prezydenta. Nie dość, że sam nie może kandydować, to jeszcze nie ma możliwości ze swej admiratorki zrobić posłanki. A jeszcze rok temu szło całkiem dobrze. Z sekretarki radna. Z radnej wiceprezydentka. Dalej łapę na układankach położył Macierewicz. Cień Ziobry prześladuje naszego prezydenta, a miłość do Dudy też wcale nie jest takim handicapem jak się wydawało.

PO. Kucharski, kandydat nieustający, do tego PO nas już przyzwyczaiła. Dalej to już całkowita żenada, bo cały pomysł na kampanię opiera się na tym, żeby kandydatce jednej partii odebrać głosy za pomocą przypadkowej i nieszczęśliwej zbieżności nazwisk własnej kandydatki. Strzał w dziesiątkę nie będzie trudny, bo pole rażenia ma wyjątkowo duży obszar. Strategia tych poczynań wskazuje, że PO z władzą zaczyna się na poważnie żegnać.

Pozostałe partie to już tylko okazja do promowania własnego nazwiska. A pozycja na liście nie ma większego znaczenia.

Pozostałam jeszcze ja, autorka bloga. Świadoma irytacji jaką wywołuję wśród kontrkandydatów zamieszczając tę analizę. Ja mogę sobie na nią pozwolić. Oni – nie. Kocham moją niezależność.