Archiwa kategorii: Wybory

Kołalicje czas montować

Czy są w miasteczku powiatowym ludzie, którzy pamiętają odległe czasy sprzed czterech lat? Dzięki wyborcom, którzy powtarzają, że polityka ich nie interesuje i nie mają na kogo głosować, i w związku z tym nie idą do wyborów, mieliśmy egzotykę na skalę krajową. Wódz z peło stanął na czele opozycyjnej koalicji lewaków z prawakmi. Stał się tym samym opozycją dla samego siebie jako wodza i dla swojego peło w szczególności. Fantastycznie mu poszło w tym układzie. Zmarnował najlepszy ośrodek wypoczynkowy w centrum kraju, rozwalił całkiem dobrą szkołę wypuszczającą absolwentów, dla których była robota. Wywalił na skraju miasteczka halę sportową, dla garstki fryzjerek co nie lubią wuefu, a za to dzięki niemu jazda na rowerze okazała się najkosztowniejszą rozrywką w okolicy. Było minęło, ale przed nami znów czas wyborów.

I znów szykuje się egzotyczna koalicja. Tym razem koalicji nowoczesności z lewactwem przewodził będzie gość, którego obecny guru słyszy krzyki zamrożonych blastul. I jeden, i drugi pożegnali się jakiś czas temu z peło, żeby być w końcu razem. Do tej brygady dokleją się jeszcze sieroty po byłym preziu, który już nic nie znaczy, a który mógł miasteczko wyprowadzić z politycznego piekiełka, ale mu się nie chciało.

Co ma poprzednia koalicja do obecnej, jeszcze nieformalnej? Wodza! Wciąż tego samego! Który tym razem wszystko tak montuje, żeby koniec końców poprzeć obecnego prezia i samemu znów wpaść na powiatowy fotel.

Jak ktoś w miasteczku powiatowym nigdy nie bytował, to bez flaszki wódki nie zrozumie tego, co się tu dzieje i tego, co tu napisane.

PS Pomyliłam się nazywając powiatowy sojusz wędkarzy z ministrantami lewactwem. Lewacy to światli, otwarci i nowocześni ludzie. Tymczasem w miasteczku powiatowym szyld sojuszu oznacza wyłącznie kurs do koryta.

Niezależny kandydat

Dochodzą mnie słuchy, że kumpel Adriana zamierza startować na fotel prezia w miasteczku powiatowym z własnego komitetu. Ho, ho, ho. Gościu, który od zawsze był w partii (naliczyłam 3 i pół), nagle staje się samodzielny i niezależny. Najlepszy, kandydat popierany przez samego Jaro, który się specjalnie fatygował do miasteczka żeby namaścić kandydata i powtórzyć, że lepszego wodza miasteczko nigdy nie miało i mieć nie będzie, ponoć stracił poparcie Pisotalibanu. Tymczasem teraz ogłosił, że zaprasza do komitetu wszystkich, którym leży na sercu dobro miasteczka. Strasznie cenny, mądry i konkretny komunikat. Czytać go należy następująco.

Po pierwsze wychodzi na to, że po 3,5 roku urzędowania, kolega Adriana nie ma żadnych konkretów na kolejne 5 lat, które zmobilizowałyby nowych ambitnych do działania. Zamiast powiedzieć: chodźcie za mną wszyscy razem, ci co chcą budować jeszcze jedną halę sportową, ci co chcą żeby na pl. Kościuszki było jeszcze więcej śpiewania i grania albo co nie chcą, żeby wybudować schroniska dla zwierząt mimo że Sofija w tym temacie łzy roniła – zwołuje tych, co chcą żeby było lepiej. No, kto nie chce? I kogo może zmobilizować taki energetyczny komunikat?

Po drugie, takie zaproszenie do współpracy, to znak dla tych, co aktualnie rozsiedli się w fotelach i na posadkach, że trzeba będzie się posunąć albo w ogóle spaść w niebyt. Przecież ci, co zareagują na zaproszenie, za darmo się nie pofatygują.

Po trzecie, chętni powinni się zastanowić czemu Pisotaliban nie chce już popierać najlepszego z możliwych wodzów? Czym się wodzu naraził? Przecież tyle dobrego, jako wódz uczynił. Co może się w takim razie przytrafić nowym żołnierzom za kolejne 5 lat?

Wieści dochodzące z miasteczka mrożą wyobraźnię. Ta twierdza ze stali i betonu, jednomyślna i bezmyślna, wierząca bez zastrzeżeń w jedynie słuszne słowa wodza, klepiąca wyłącznie pacierze i przekazy dnia – się sypie. Już nie dwóch, a nawet trzech kandydatów może począć Pisolandia.

Do czasu. Będą się mnożyć i dzielić przez pączkowanie. Coraz to nowe postaci wygrzebią buławy z plecaczków, aż w końcu dotrze do Jaro, że w miasteczku jest śmieszniej niż wynika z ogólnokrajowej mediany. Tupnie starym, zakurzonym butem i wszystko wróci do porządku. Adrianowy kolega będzie musiał znów odciąć na plakatach pół łysiny i zjednoczyć prawdziwych, miasteczkowych katolików.

 

100 lat, 100 lat – praw

To Polki głosują dopiero od 100 lat? A to jak było wcześniej? Takie pytanie zadał koleżance feministce, starosta z jej powiatu. Uśmiałyśmy się oczywiście z głąba, ale po chwili zastanowienia uśmiech zastygł na ustach.

Gdybym w miasteczku powiatowym wszystkim dotychczasowym starostom (a zwłaszcza obecnemu) zadała to pytanie – reakcja byłaby podobna. Wiedza i świadomość mają się nijak do władzy i władztwa.

To, że kobiety nie miały prawa głosować, nie miały prawa się uczyć, nie wolno im było publicznie zabierać głosu ani samodzielnie przebywać w miejscach publicznych, o tym, że o ich życiu decydowali wyłącznie mężczyźni i tak było przez wieki, o tym, że tak to trwało zdecydowała biologia i fizjologia, a potem – dla wygody i dominacji mężczyzn – utrwalały to religie, a chrześcijaństwo i katolicyzm mają w tym rolę szczególną. O tym się nie wie, a Kościół katolicki robi wszystko, by ta wiedza się nie utrwalała. Wszystkie prawa, które gwarantuje Konstytucja – kobiety sobie wywalczyły! Nigdy nie było innej drogi.

Model świata, w którym mężczyzna rządzi, zawsze wie lepiej i decyduje za żonę, córkę, matkę, właśnie odchodzi w niebyt, choć w wielu miasteczkach ma się dziś jeszcze całkiem dobrze. Ale miasteczko powiatowe pogrążone jest wciąż w XIX w.

Miasteczkiem powiatowym rządzą wyłącznie faceci i to coraz mniej do tego predysponowani. Kobiety są im potrzebne – do roboty. Ów mechanizm w tej kadencji jeszcze bardziej się utrwalił. To dzięki niemu alkoholicy, damscy bokserzy, dewianci (o tabunie matołów pospolitych, nie wspominając) piastują w miasteczku stanowiska i publiczne funkcje.

Przez wiele lat obserwowałam, jak z obojętnością, a najczęściej z pogardą traktowane były dziesiątki ambitnych, przenikliwych, mądrych kobiet. Wiele zapłaciło za to ogromną cenę – choroby, depresja nawet śmierć. Przykro mi to pisać, ale w miasteczku powiatowym – kobiety nic nie znaczą, z kobietami nikt się nie liczy. Te które były zagrożeniem – dawno zostały wyeliminowane z życia publicznego. Inne robią za ozdobniki albo ozdóbki. Ktoś zna jakąś miejską radną, która przez 3,5 roku zabrała głos w jakiejś istotnej dla kobiet sprawie?

Być może dyskryminacji kobiet w tymże miasteczku poświęcę kiedyś jakąś większą publikację. Materiału mam tony, poczynając od własnego doświadczenia z miejsca pracy. Jednak najsmutniejsze, co chcę w tym miejscu napisać brzmi: sytuacja w najbliższym czasie nie ulegnie zmianie. Powód? Wyjawiawm w poprzednim akapicie.

Sen wariatki

Przyśniło mi się, że jestem prezydentką miasteczka powiatowego. Nadciąga czas kampanii wyborczej. Oczywiście mam zamiar ponownie ubiegać się o fotel w magistracie. Tak jak wszyscy poprzedni prezydenci, którzy rujnowali miasteczko, jestem skąpa, co oznacza, że nie lubię wydawać pieniędzy. Własnych.

W dodatku kilkoro lokalnych biznesmenów, którzy wsparli cztery lata temu moją kampanię, rozczarowało się moimi stylem sprawowania władzy i dali do zrozumienia, że nie mogę tym razem na nich liczyć. Pozostał tylko jeden chętny, ale on daje co kampanię (na wszelki wypadek) każdemu kandydatowi, niestety, niewiele.

Co zatem czynić, by wygrać? Trzeba mieć plakatów i banerów więcej niż wszyscy pozostali kandydaci (i kandydatki) razem wzięci, a to oczywiście kosztuje. Opłaca się jednak znakomicie, bo ludność nie słucha, nie czyta, nie analizuje, nie wyciąga wniosków, nie pyta, a co najważniejsze – nie pamięta. Za to patrzy i widzi. A potem głosuje.

Moja strategia na tegoroczną kampanię jest następująca. Każda dyrektorka szkoły i przedszkola będzie miała obiecaną na Dzień Nauczyciela nagrodę za trud. Akurat wpadnie im do kieszeni w trakcie kampanii. I każda oddzielnie wydrukuje takie dwustronne uloteczki (wzór dostaną, żeby czegoś nie spaprały). Z jednej strony z moim dużym zdjęciem, a po drugiej z osobistym i żarliwym wsparciem mojej osoby.

Listę tych, którzy dostali w ostatnich trzech latach robotę w spółkach komunalnych ze szczególnym uwzględnieniem wiceprezesów/wiceprezesek i prezesów/prezesek, mam gotową. Im też należą się solidne premie. Tych premii starczyć musi na setki metrów kwadratowych banerów. I niech szukają miejsc, gdzie je powiesić, tak by zaraz po wyborach nie trzeba było tego ściągać. Niech sobie skorelują te metry kwadratowe z pensjami, które będą brać przez kolejne pięć lat. A jak któremuś, którejś starczy na długopisiki z moim imieniem i nazwiskiem albo jakiś inny drobiazg z moim wizerunkiem, to tym lepiej dla ich posad. Zanim się obudzę, muszę tylko wyśnić, kto zapłaci za koncert, na który oczywiście też przybędę i podziękuję artystom, że tak wzruszyli ludność miasteczka.

Myślicie, że to sen wariatki? No to do zobaczenia w realu. We wrześniu.

Nowoczesna Lubnauer

Katarzyna Lubnauer została przewodniczącą .N. Miałam okazję poznać nową przewodniczącą podczas kampanii parlamentarnej. – Już czas nauczyć się mojego nazwiska – rzuciła w czasie jednej z pierwszych konferencji prasowych przed wyborami do dziennikarza, który miał problem z jego poprawnym wymówieniem. Mała próbka charakteru posłanki Lubnauer.

Nauczycielka akademicka, matematyczka, ścisły wyćwiczony w rozwiązywaniu zadań umysł. To przekłada się na to, że Lubnauer szybko myśli i analizuje. Jest konkretna, pragmatyczna i stanowcza. Ze względu na refleks i opanowanie świetnie radzi sobie z mediami. Te zalety sprawiły, że szybko stała się jedną z nielicznych rozpoznawalnych twarzy .N.

Katarzyna Lubnauer, to wg mnie solidna, pracowita, a przede wszystkim uczciwa osoba. Moje doświadczenie mówi, że uczciwość w polityce nie jest zaletą, ale dla mnie to sprawa kluczowa. Pod jej przywództwem – mam nadzieję .N – stanie się rzeczywiście nowoczesna, skręci na lewo, a być może ostatecznie przyciągnie ku sobie nowe środowiska i… po raz kolejny zmieni (nieco) nazwę. Ale to jeszcze nie ta chwila. Poza tym nowa przewodnicząca będzie twardą negocjatorką. Negocjacji, a nie knucia opinia publiczna potrzebuje jak tlenu.

Lubnaur była inicjatorką akcji „świecka szkoła”, jest za liberalizacją obecnego prawa zakazującego aborcję. Już jako posłanka, pokazała się na Paradzie Równości. Mam ogromny szacunek dla Kamili G-P, ale wybór Katarzyny na przewodniczącą jest na tę – niezwykle trudną dla opozycji parlamentarnej chwilę – korzystniejszy. Chciałabym by w przyszłości, gdy pozbędziemy się pisowskiego nieszczęścia, Lubnauer została ministrą oświaty albo szkolnictwa wyższego, czego życzę nie tyle sobie, co wszystkim tym, którzy marzą, by ich dzieci i wnuki otrzymały w szkołach solidny kapitał w postaci wiedzy i wychowania.

Piszę o wyborze Lubnauer, choć w tym miejscu zajmuję się z reguły losami miasteczka powiatowego. Ale jedno z drugim, niestety się wiąże. Co uważniejsi mieszkańcy miasteczka dostrzegli być może, bo większość pewnie nie, że mniej więcej półtora miesiąca przed tym, jak Katarzyna Lubnauer została przewodniczącą .N z miasteczka zniknęło jej biuro poselskie. Miasteczko, jakoś tak na własne życzenie nie potrafi zadbać o to, co być może daje perspektywy na przyszłość, jest kapitałem do wykorzystania, ale za to wgniata w glebę cennych ludzi.

Dlaczego Lubnauer zwinęła w miasteczku swoje poselskie biuro? A dlaczego ja sama uciekłam z miasteczka?

Matrymonialno-polityczne związki w miasteczku powiatowym

Kilka lat temu napisałam sztukę teatralną, w której próbowała pokazać, jak mogłoby wyglądać życie lesbijskiej pary w powiatowym zaduchu. Liczyłam na emocje, jakie budzi wciąż w naszym narodzie jednopłciowa para. I pomyliłam się. Życie pisze znacznie bardziej emocjonujące scenariusze.

Faworyta prezia W. zapałała uczuciem do faworyta prezia K. Oboje są młodzi i niedoświadczeni, ale za to bez hamulców. Zapracowali już na ksywę „państwo Misiewiczowie”. Ich cv, to przekaz dla rówieśników na temat tego, jak się robi karierę w  miasteczku powiatowym.

Namiętność przedmałżeńska i każda inna nie jest niczym grzesznym, co wyjaśniła niedawno ludowi pewna ekscelencja w czarnej sukience na okoliczność ujawnienia kolejnych przypadków pedofilii w KK. Namiętność ma jednak swoją cenę. Jej efekt jest taki, że faworyta przestała być faworytą.

Poprzedniego wybranka, faworyta porzuciła na życzenie. Porzucony długo nie mógł się pogodzić z koszem, ale w końcu się otrząsnął. Widać lubi kobiety zaangażowane politycznie. Poglądy nie mają znaczenia. Obecnie postawił na bardziej nowoczesną działaczkę. Działaczka do niedawna jeszcze pracowała na rzecz mecenasa prezia W., ale to już przeszłość.

Tak jak przeszłością jest uczucie kolejnego oddanego preziowi biznesmena, który walczył w kampanii, jak prawdziwy bodyguard o każdy głos dla prezia. Straciwszy namiętne uczucie do swojej kobiety, poprzysiągł zemstę preziowi. Zemsta objawia się tym, że sam stanął na czele kolejnego ugrupowania politycznego. Ugrupowanie to poprze w wyborach każdego, kto będzie przeciwko preziowi.

Tak więc najwierniejsi tracą serca. Namiętności pchają ich w rewiry dotychczas im obce. I byłby to ich prywatny problem, gdyby nie to, że ten romansowo-polityczny przekładaniec objawi się za rok w postaci partyjnych list wyborczych w konfiguracji, jaka normalnemu człowiekowi dziś jeszcze do głowy by nie przyszła.

 

 

 

W cieniu Adriana

Trwają wakacje. Wielu na urlopach np. w Juracie. A dziennikarze dywagują, czy Andrzej Duda będzie miał siły i popleczników, by założyć własna partię polityczną. Myślę, że tak. Pytanie, czy mu się będzie chciało. Już wielokrotnie udowadniał, że jest człowiekiem wygodnym. Po ostatnim i jedynym w zasadzie wyskoku, dotychczasowi koledzy już grożą mu palcem. Szczególnie Ziobro. Być może Duda, by nie być marginalizowanym przez „swoich” i okrzyknięty zdrajcą przez resztę będzie szedł w kierunku wybicia się na samodzielność. To na prawicy dość trudne, ale możliwe, zwłaszcza, że to jedyny moment, w którym PAD może próbować to uczynić.

Dla mieszkańców miasteczka powiatowego decyzja PAD nie jest obojętna. I nie chodzi o tłum chętnych do nowej partii. Chodzi o przyjaciela od cytrynówki i grilla, czyli naszego prezia. Ten, póki się da, stał będzie w rozkroku. Tak jak obecnie. Dla mnie probierzem jego politycznych decyzji jest pomnik śp. Brata, a raczej wciąż jego brak.

Gdyby miał wolę złożyć ostateczny hołd Jaro i kategorycznie oddać się jego woli, to pomnik już by rósł. Mimo niechęci wielu mieszkańców miasteczka do tego typu pustych przedsięwzięć, zrobiłby to, by zapewnić sobie bezwzględną wdzięczność Jaro. I choć preziem został dzięki przychylności i wsparciu Jaro, to nie oszukujmy się – pod każdym względem bliżej mu do PAD. Wśród prezydentów  PAD nie ma kumpla powyżej miasteczka powiatowego. Nasz prezio jakby przyszło co do czego, stanąłby tuż za plecami PAD. Ale ten krok oznaczałby jednocześnie koniec dość oschłych, ale jednak  względów u Jaro. Prezio natychmiast i bezpowrotnie zostałby zaliczony do grona zdradzieckich mord, a na fotel szykowałby się od razu sportowy neofita, specjalista od sumo.

Prezia mierzi miasteczko zwłaszcza, że dług ciągle rośnie i pomysłów, by to zahamować – nie ma żadnych.  Wieszczę, że choć ryzykuje, poprze jednak PAD, jeśli ten podejmie decyzję i ruszy z nowym partyjnym bytem. To będzie dla prezia już czwarta partia, a dla nas kolejny bałagan, w którym sitwa będzie się ponownie mobilizować i robić wszystko, by nie pospadać z fotelików.

 

Sayrusz-Wolski i miasteczko powiatowe

Cały kraj czeka w napięciu czy europoseł Jacek Sayrusz-Wolski odbierze telefon, czy nie, a jeśli odbierze, to co powie i komu. Najbardziej obgryzione ze zdenerwowania paznokcie może mieć w związku z tym telefonem prezydent miasteczka powiatowego.

Przypomnijmy. Sayrusz-Wolski to europoseł PO z woj. łódzkiego. Czyli nasz. Na stanowisko przewodniczącego RE nie ma najmniejszych szans, ale skoro pozwolił, by jego nazwisko brało udział w grze, to znaczy, że o coś gra. Wielce prawdopodobnym jest to, że idealnym zwieńczeniem jego europejskiej kariery byłoby stanowisko unijnego komisarza. Po wyborach do Europarlamentu w 2019 r. kandydatów na komisarzy zgłaszać będą rządy unijnych państw. Skoro tak, to polskiego kandydata zgłaszał będzie rząd pisowski. By być pisowskim kandydatem trzeba być pisowskim europosłem. Inaczej być nie może. Jeśli Jacek Sayrusz-Wolski zmieni barwy i za dwa lata wystartuje w wyborach z listy PiS, to będzie „jedynką” na tej liście. Inaczej być nie może. 

To miesza szyki innemu panu W., który szykował się do wczoraj na tę listę i na to miejsce. Jeśli ta konstrukcja okaże się prawdziwa, to co pocznie biedak po wygraniu wyborów samorządowych za rok? Kredyty do spłacania, podatki, ścieki i woda do podwyższenia, hala na minusie, mieszkanie 500+ w ruinie, drogi nieremontowane, bezrobocie rosnące, powietrze zanieczyszczone, nauczyciele wkurwieni, a miasto wciąż się kurczy.

Jak żyć? Gdzie się katapultować? Andrzeju, ratuj!

Cham prezydentem

Słucham relacji z zaprzysiężenia prezydenta USA, Donalda Trumpa. Gbur, cham, szowinista, seksista i co tam jeszcze chcecie, został 45. prezydentem USA. I ten szowinista, seksista itd. na uroczystość zaprosił swoją rywalkę, kontrkandydatkę, Hillary Clinton, którą lżył, którą obrażał i której groził podczas kampanii.

Wiecie o czym teraz myślę… O inteligencie, koledze PAD z Ludwikowskiej, któremu w głowie nawet nie zaświtało, że powinien mnie zaprosić, gdy zostawał prezydentem miasteczka powiatowego.

No taki deal.

To (nie jest) normalne

Rozmowa z pracownicą samorządówki niższego szczebla wprawiła mnie w zasmucenie. Pani od lat wielu sprząta po władzy. Przeżyła już wielu wodzów. Widzi całe zło, zakłamanie, głupotę i podłość tych co na górze. Potrafi krytycznie ocenić ich polityczne decyzje i marnotrawienie pieniędzy. Patrzy na obecne porządki, które jej zdaniem niczym nie różnią się od porządków sprzed dwóch, sześciu, dziesięciu lat.

No tak, teraz tempo jest szybsze, zachłanność większa. Ale to zrozumiałe, oni wiedzą, że są na krócej niż ich poprzednicy. Będą krócej, bo są bardziej nieudolni, bardziej niekompetentni, bezwzględni i cyniczni. Ludzie władzy o mentalności ministrantów i kościelnych nie są w stanie tej władzy utrzymać zbyt długo. Oni jeszcze tego nie wiedzą, ale w jakiś podskórny sposób czują, mają tego świadomość. I dlatego tak się spieszą, żeby, jak to się mówi, zdążyć się nachapać.

Smutne jest tylko to, że pani, z którą rozmawiałam uważa, że ten obyczaj, to norma. Każda kolejna władza działa podobnie. Pani nie zna innych reguł i norm. Nie pracowała nigdy w normalnym środowisku i pewnie nie była w kraju,w którym pokomunistyczne zdziczenie nie występuje.

Nie wie, że tak nie musi być i że tylko od niej i kilku tysięcy mieszkańców powiatowego miasteczka zależy, czy to się kiedyś zmieni.