Archiwa kategorii: Tomaszów Mazowiecki

Jak puszczalskie, nawalone ździry na sukces przerobić

Wodzu czyni wszystko, aby miasteczko powiatowe rosło w siłę, a gawiedzi żyło się dostatniej. Tymczasem jakaś stara ździra, suka jeb…a, dziwka, kurewna spod latarni, jednym słowem – szmata, rodzi w miasteczku powiatowym bliźniaki w upojeniu mając 2,7 promila alkoholu we krwi. Jeszcze jej cesarkę robią jakby posmarowała komu trzeba, a ona nawet nie polizała, bo kto by chciał, by taka go lizała.

Jak pamięcią sięgam, to w ostatnim czasie to już czwarte takie pomiotło, co z brzuchem napompowanym chlało i po pijaku urodziło, a media, zwłaszcza te szmatławe, brukowe – nie odpuszczą. O każdej takiej jednej napisać muszą, reportaż skręcą. I w świat przekaz idzie, że to w miasteczku pełnym sukcesów i szczęścia wszelakiego.

Na szczęście to się ukróci. Jest zamysł żeby takie ździry zamykać na specjalnych oddziałach. Wypiją flaszkę wódki, kufel piwa, kieliszek wina – wszystko jedno. Zamknie się taką za murem, za kratami. Brzuch im będzie rósł, a one sobie będą mogły co najwyżej posłuchać jak serduszko temu poczętemu bije pod ich serduchem. A jak już w końcu urodzi taka jedna z drugą, to kopa w dupę i niech sobie radzi dalej sama. Byleby ochrzściła.

Nikt nie będzie pytał czemu pije, chociaż zaszła. Czy wie, że alkohol szkodzi temu poczętemu? Ktoś jej to powiedział, nauczył? W szkole na wychowaniu do życia w rodzinie o tym było? A jeśli wie, to czemu zaszła? Chciała zajść? Marzyła o dziecku? Wie, że naturalnym pragnieniem każdej kobiety jest posiadać dziecko? No to, skoro pragnęła i zaszła to czemu je wódą truła? A może nie chciała zajść? Nie chciała, to czemu się nie zabezpieczyła? Nie umiała, czy nie było ją stać na antykoncepcję? Na religii szkolnej było o tym, że antykoncepcja jest wielkim złem, a jeśli już to zaufać naturalnym metodom i Panu Bogu? A jak w ogóle zaszła? Czy może ten co ją zapłodnił: mąż, konkubent, partner lub przypadkowy kochanek też chciał tego dziecka, czy sam napity i zamroczony uwalił się na niej wziął siłą, czyli zgwałcił i się stało? Dostała potem jeszcze od tego onego wpierdol za to, że w ciąży jest? A jak już zaszła, a nie chciała, to czemu nie przerwała? Religia jej nie pozwoliła usunąć, a pozwala chlać? Nie miała z kim o tym pogadać? A może nie znając własnego ciała i nie mając elementarnej wiedzy o fizjologii, póki bęben nie zaczął rosnąc, nie wiedziała, że w ogóle zaszła? Czy tylko nie mała na wycieczkę do Czech albo na Słowację z jednym noclegiem w hotelu? A ona wie, że pijany plemnik rokuje podobnie jak napęczniały od promili brzuchol?

I co teraz z tymi urodzonymi? Żyją? Zdrowe są? Jest im ciepło? Mają co jeść, lekarstwa i witaminy? Ktoś je przytula? Mają FAS? Bo jeśli mają, to do końca życia raczej na państwowym garnuszku zostaną i do żadnego zajęcia nigdy się nie nadadzą.

Całe mnóstwo pytań, których nikt nie zada. Niepotrzebne są, bo lepiej się ucieszyć Kartą Dużej Rodziny, która pozwoli całe stado tak poczętych i spłodzonych do kina i na basen zabrać. A sukcesem wodzu się na dodatek pochwali w narodowych, czyli jedynie słusznych mediach.

Sukcesów nigdy dość, więc już czas pomyśleć o tym, żeby to właśnie w miasteczku powiatowym, w którym wyjątkowo często pijane zdziry rodzą niewinne dzieciątka, utworzyć, a może nawet od początku wybudować ośrodek odosobnienia dla pijących ciężarnych. Znów o miasteczku napiszą. Tym razem pozytywnie. Kolega Adrian dojedzie, kamień węgielny wmuruje. Pieniądze da miasteczko, trochę odpali minister Błaszczak, a Macierewicz oddeleguje oddział obrońców terytorialnych do pilnowania  nadmuchanych żeby nie uciekały i pokątnie nie chlały. Amen.

 

Ciemnogród powiatowy

W mediach tego nie wyczytam, ale dobrzy ludzie z miasteczka powiatowego od czasu do czasu donoszą, co też się tam wyczynia. Zatem ostatni eksces.

Pani dyrektorka placówki kultury (sic!), zatem z tytułem magistra, czyli jakąś naukę pobierała. Dowodząca placówką, nie kultu tylko kultury. Otóż pani dyrektorka z nadania PiS, bo nie z wiedzy i umiejętności, zawezwała białego mężczyznę w czarnej sukience, aby ten przegnał złe duchy z placówki, którą pani od niedawna kieruje. Pan ksiądz przybył, miotłą zapewne powywijał, modły zapewne odczynił. Wszystko działo się na legalu i w godzinach urzędowania. Czy złe duchy (duch?) placówkę opuściły? – Nie wiem.

Wiem, że to legitymizacja ciemnoty i głupoty. Panią powinno się zdymisjonować i zasugerować wizyty co najmniej u psychologa, a nade wszystko odizolować od pracy z dziećmi i młodzieżą. Ale przecież rzeczywistość, w której tkwimy normalna od dwóch lat nie jest, więc pani dyrektorka pewnie chodzi dumna z powodu tego, co jej do pustego łba wypełnonego jakąś ciemną kelistą mazią zamiast korą mózgową, strzeliło. Reszta powiatowych głupków i miejsko-gminnych przygłupów pewnie przeklaskuje. Zagonionym, obojętnym rodzicom też do głów nie przychodzi żeby zabrać dzieci spod skrzydeł obłąkanej dyrektorki i posłać na jakiś kurs gotowania, puszczania bąków, antydyskryminacji, edukację seksualną, no coklowiek, byleby nie obcowały z kimś, kto nie gwarantuje minimum zdrowego rozsądku i nie zapewnia neutralnego światopoglądowo traktowania powierzonej placówki.

Mieliśmy już uchwałę potępiającą gender, walkę z halloween, powierzanie miasteczka świętemu w imię szczęśliwości powszechnej. Czemu nie pomógł i w placówce najbliższej sanktuarium, straszy? Patron za słaby, czy duch za mocny? Oto temat na przewód doktorski wpaniałej pani dyrektorki.

Matrymonialno-polityczne związki w miasteczku powiatowym

Kilka lat temu napisałam sztukę teatralną, w której próbowała pokazać, jak mogłoby wyglądać życie lesbijskiej pary w powiatowym zaduchu. Liczyłam na emocje, jakie budzi wciąż w naszym narodzie jednopłciowa para. I pomyliłam się. Życie pisze znacznie bardziej emocjonujące scenariusze.

Faworyta prezia W. zapałała uczuciem do faworyta prezia K. Oboje są młodzi i niedoświadczeni, ale za to bez hamulców. Zapracowali już na ksywę „państwo Misiewiczowie”. Ich cv, to przekaz dla rówieśników na temat tego, jak się robi karierę w  miasteczku powiatowym.

Namiętność przedmałżeńska i każda inna nie jest niczym grzesznym, co wyjaśniła niedawno ludowi pewna ekscelencja w czarnej sukience na okoliczność ujawnienia kolejnych przypadków pedofilii w KK. Namiętność ma jednak swoją cenę. Jej efekt jest taki, że faworyta przestała być faworytą.

Poprzedniego wybranka, faworyta porzuciła na życzenie. Porzucony długo nie mógł się pogodzić z koszem, ale w końcu się otrząsnął. Widać lubi kobiety zaangażowane politycznie. Poglądy nie mają znaczenia. Obecnie postawił na bardziej nowoczesną działaczkę. Działaczka do niedawna jeszcze pracowała na rzecz mecenasa prezia W., ale to już przeszłość.

Tak jak przeszłością jest uczucie kolejnego oddanego preziowi biznesmena, który walczył w kampanii, jak prawdziwy bodyguard o każdy głos dla prezia. Straciwszy namiętne uczucie do swojej kobiety, poprzysiągł zemstę preziowi. Zemsta objawia się tym, że sam stanął na czele kolejnego ugrupowania politycznego. Ugrupowanie to poprze w wyborach każdego, kto będzie przeciwko preziowi.

Tak więc najwierniejsi tracą serca. Namiętności pchają ich w rewiry dotychczas im obce. I byłby to ich prywatny problem, gdyby nie to, że ten romansowo-polityczny przekładaniec objawi się za rok w postaci partyjnych list wyborczych w konfiguracji, jaka normalnemu człowiekowi dziś jeszcze do głowy by nie przyszła.

 

 

 

Panna Z. odchodzi?

Z radością odrywam się od doczesnych spraw, którymi karmi się miasteczko powiatowe. Oczywiście, znajomi nie pozwalają do końca zapomnieć, skąd się człek wywodzi.

Właśnie uprzejmie mi doniesiono, że panna Z. po urlopie nie wróci już na posadkę. Zanosiło się od dawna, bo jednak panienka o aparycji pensjonarki i manierach katechetki nie bardzo pasuje na poważne stanowisko przy kreującym się na coraz poważniejszego męża stanu preziu.

Panna Z. na otarcie łez i zamknięcie gęby zapewne dostanie jakiś stołeczek. Przekaz będzie oczywiście taki, że strasznie się już zasłużyła i napracowała, a miasteczku powiatowemu wystarczy jeden zastępca prezia. Jakież będą dzięki temu oszczędności. Zaoszczędzone pieniążki pójdą na oddłużanie wygenerowane przez poprzedników. Oczywiście wszyscy w to pokornie uwierzą, zwłaszcza nauczycielki na miesiąc przed powrotem do zdeformowanych szkół. Przypominam wam, że w przytłaczającej większości, same tego chciałyście. Ta władza poniżyła was i sponiewierała już kilkakrotnie. Najefektowniej poszło chyba przy okazji ogólnopolskiego strajku nauczycieli, ale są formacje, które jak się nie boją, to nie funkcjonują. Widywałam uśmiechnięte i przeszczęśliwe dyrektorki dygające przed panną Z. Zawstydzający widok. Oczywiście dla normalnego obserwatora, nie dla dyrektorek zgiętych w pokłonach.

Zatem panna Z. będzie musiała ograniczyć wydatki, zweryfikować poglądy, poskromić ambicje. Nie uda się tylko wyczyścić Antka ze wspólnych zdjęć. Internet pamięta!

 

 

Gdańsk i Bydgoszcz

Przeczytałam w necie pismo prezydenta Gdańska i oniemiałam.

Gdańsk ma Radę ds. Równego Traktowania. Treść pisma wskazuje, że nie jest to ciało fasadowe, stworzone w ramach piarowskiej promocji pana prezydenta, ale do wykonywania określonej pracy.

Po drugie, zastanawiam się, ilu radnych w miasteczku powiatowym słyszało o Europejskiej Karcie Równości Kobiet i Mężczyzn i w ilu z nich ten dokument nie budzi pogardy.

Po trzecie wreszcie, czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie naszych mandatowych radnych analizujących jakiś europejski dokument i na jego podstawie wypracowujących priorytetowe zadania i harmonogram ich realizacji wraz ze sposobem monitorowania osiąganych efektów? No jak, kumamy o czym tu napisane?

A w ogóle, po co gdańszczanom równanie do standardów europejskich? Ileż to problemów rodzi taki jednozdaniowy zapis o tym, że samorządy powinny przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji w równym stopniu brać pod uwagę potrzeby obu płci.

Przyjechaliby na szkolenie i integrację do miasteczka powiatowego, to by zobaczyli, jak się buduje boiska, basen i halę, żeby chłopacy i chłopy miały gdzie obniżać poziom testosteronu, a ścieżki rowerowej nie ma komu oświetlić, wjazdów dla niepełnosprawnych do szkoły wybudować, a kibel w parku dla starych ludzi stawia się czwarty rok. Usłyszeliby, jak prezio snuje wizje dodatniego przyrostu naturalnego, a w jedynym żłobku stoi jeden komputer bez Windowsa.

W miasteczku powiatowym europejskie standardy równościowe to można co najwyżej czerpać od radnego z Bydgoszczy. Bydgoszcz dla niektórych to już metropolia, a zastraszanie, upokarzanie, bicie i poniżanie, to wołanie o miłość. Co nie?

Uliczna patronka

Gdyby miasteczko powiatowe chciało być mniej powiatowe, a bardziej metropolitarne, to ustawie dekomunizacyjnej pokazałoby wyprostowany środkowy palec. Polegałoby to na tym, że ulica Oskara Langego nazywałaby się ulicą Oskara. Kropka.

Uniknęlibyśmy przy okazji farsy z typowaniem nazw ulic przez dwudziestoosobowe gremium i głosowania przez naród. Przy okazji zastanawiam się, czy dożyję czasów, gdy – bez pisowskiej zaciekłości i triumfalizmu – za to z pokorą, wręcz z pewnym zawstydzeniem, będą zdejmowani z szyldów Lech Kaczyński i małżonkowie Kaczyńscy, bo że tak się stanie, to pewne.

Nie sądziłam, że patronką ulicy zostanie Wanda Panfil. Duże zaskoczenie i ambiwalentne odczucia. Z jednej strony wystawianie pomników za czyjegoś życia, to spore ryzyko. Wielu znawców tematu w tym historyków mówi, że to zbędny pośpiech, a wielkość jak jest wielka, to się sama obroni. Upływ czasu tylko gruntuje ten stan. Nie znam Wandy Panfil. Podziwiam jej sportowe osiągnięcia, wytrwałość. Skoro zdecydowała się uczestniczyć w „ulicznym plebiscycie”, to znaczy, że jej ego dorównuje rozmiarem dystansowi, na którym biegała. Współczuję, że, by nadal funkcjonować w tym co lubi robić, musi wspierać władzę, w dodatku tę, która tak gardzi kobietami. Przypomnę w tym miejscu, że do 1967 r. mężczyźni zabraniali kobietom biegania w maratonach. Później też by zabraniali, ale pewna Amerykanka, Kathrine Switzer, ukryła imię pod literką K. twarz w kapturze, pobiegła, przebiegła i tak już zostało. Dzięki niej Wanda Panfil i inne, kobiety biegają w maratonach, a panowie mogą się z nimi fotografować.

Z drugiej strony, uczynienie patronką ulicy kobiety (jedynej w zestawie) to znak, że mieszkańcom miasteczka powiatowego brakuje niewiast w przestrzeni publicznej. Ostatni raz patronką ulicy w tym mieście została kobieta jakieś 40 lat temu. Było to najprawdopodobniej w 1981 r., a ta kobieta, to tomaszowska poetka Teresa Gabrysiewicz-Krzysztofik.

Napiszę nieskromnie, że mam niejaki udział w podnoszeniu świadomości w dziedzinie braku kobiet w życiu społeczno-politycznym. I tym samym jakiś drobny udział w tym, że ulica otrzymuje patronkę nie patrona.

Macie się nad czym zastanawiać panowie przekonani, że męską hegemonia jest wam dana raz na zawsze.

Opiniotfurca

Dowiedziałam się właśnie, że prezydent miasteczka, które pogrąża coraz bardziej w powiatowym prowincjonalizmie, ogłosił publicznie, że ma własne zdanie.

Własne zdanie dotyczy kadencyjności pracy wójtów, burmistrzów i prezydentów, a także posłów. Przypadkowo prezydent ma w tej sprawie takie same zdanie, jak szef partii, i cała partia, której jest członkiem. 

Co do 2-kadencyjności, to łatwo mu ją popierać, bo sam na urzędzie zasiada dopiero pierwszą kadencję. Jego prezydentura skrojona jest na pięć lat. Plan zakłada, że za niespełna dwa lata musi wygrać wybory, bo jak nie wygra, to po nim. A za kolejny rok wystartuje w kolejnych wyborach i albo zostanie europosłem, bo vacat na „jedynce” po Wojciechowskim się zwolnił, a nikt nie zna obecnego posła z UP, albo ostatecznie nasz rodzimy Sejm. Za niespełna trzy lata trzeba będzie przecież spłacać zaciągnięte w tym i w tamtym roku kredyty. Hybrydy przestaną lśnić, a mogą zacząć się psuć. Galeria spowszednieje. Dróg nowych nie będzie za co budować, a jeszcze trzeba będzie skądeś wytrzasnąć kolejne miliony na utrzymanie hali lodowej. Warto więc będzie zostawić ten powiatowy bałagan i katapultować się z udziałem Kościoła i ciemnego ludu, dalej.

Wracając jednak do opiniotwórczej roli prezydenta miasta. Jego opinia w tej i każdej innej sprawie jest tak samo niezależna i samodzielna jak sznurówki w moich adidasach. Skoro zaczął już jednak informować, że ma zdanie w jakiejś sprawie, to chętnie byśmy się dowiedzieli, co myśli o ekscesach Misiewicza, który o mało co byłby naszym posłem, dlaczego uważa (bo na pewno uważa), że nasz kraj powinien wypowiedzieć konwencję antyprzemocową, czy wierzy w zamach w Smoleńsku i czy słusznie polski rząd nie wyraził zgody na przyjęcie 10 syryjskich sierot.

I niech powie tomaszowiankom, że jak zostanie posłem, to podpisze się pod kolejnym projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji i karą więzienia dla kobiet, które się na nią zdecydowały.

Miasto przyjazne seniorom

Wiecie, że w miasteczku powiatowym odbył się koncert dla seniorów, w którym udział brali prezydent miasta i dzieci z przedszkola, a organizatorem imprezki była parafia i Rycerze Kolumba?

Ktoś nie wie, kto to są Rycerze Kolumba? To świecka organizacja katolików, wyłącznie mężczyzn, których sztandarowym zadaniem jest ochrona życia ludzkiego od poczęcia do śmierci. Są, a jakże, i u nas. Przy parafii św. Antoniego. O jednym wiem, że w chamskim stylu przeganiał wolontariuszy WOŚP pod kościołem.

Gratuluję rodzicom, których dzieci biorą udział w koncertach organizowanych przez Rycerzy Kolumba oraz seniorom, czyli dziadkom tych dzieci. Raczej się w tym miasteczku nie doczekają poradni geriatrycznej, ale koncert z prezydentem w roli głównej jeszcze nie jeden zobaczą.

Im szaleństwo wokół bardziej narasta, tym bardziej wiem, że to ja jestem normalna.

Smog polityczny

Rozmawiałam niedawno z lokalnym politykiem z parlamentarnej partii. Nie wymienię nawet pierwszej litery jego imienia ani nazwiska, żeby nie było skojarzeń. Przyznał, że czyta mojego bloga, ale mu smutno, jak czyta. Mnie też jest smutno, jak piszę.

Nic nie poradzę na to, że śledzę dokładniej, niż przeciętna osoba, to co dzieje się w miasteczku powiatowym. Mam wiedzę o Tomaszowie, ponadprzeciętną. Nie chwalę się tym, po prostu to wynik tego, czym się zajmuję od ponad ćwierć wieku. Dlatego zatrważa mnie hala lodowa, 66 mln zł na autobusy, rujnowanie Włókniarza, leżaki na pl. Kościuszki, św. Antoni i remonty dróg, które powinny być codziennością, a którymi mamy się zachwycać, z racji tego, że władza w ogóle coś robi, choć często robi fuszerkę lub na nią przystaje.

Zatem popiszę teraz bardziej optymistycznie. O tym co mogłoby być, a nie będzie. O tym, czym chciałam się zająć, gdybym została prezydentką tego miasta. Nie martwię się, że obecnie panujący ukradnie te pomysły. Nie ukradnie, bo nie ma odwagi na wprowadzanie trudnych zmian. On ma tylko energię na radosny PR, z którego nic nie wynika dla ludzi. Prócz chucpy oczywiście. A temu zapóźnionemu, pod każdym względem miastu, potrzebne są trudne i odważne reformy, a nie szastanie publicznymi pieniędzmi.

Zacznijmy od tego, co obecnie najbardziej aktualne, czyli od smogu. W moim programie wyborczym napisałam, że najważniejsza jest czysta woda i czyste powietrze, by tomaszowianie nie chorowali, nie wydawali pieniędzy na leczenie i lekarstwa, by poprawiała się ich kondycja. Mieli siłę i ochotę pracować i żyć.

Czyste powietrze to podstawa, bo to skryty zabójca. Może obecna sytuacja da paru osobom do myślenia. Ale pewnie tylko paru. Smog doskwiera wówczas, gdy zaczyna się sezon grzewczy.

Należy zacząć od edukacji. Edukować dzieci w przedszkolach i szkołach. Robić to tak, by dzieci zawstydzały rodziców, gdy ci plastikową butelkę wrzucają do pieca. Edukować dorosłych. Program edukacyjny powinien przygotować Zakład Gospodarki Ciepłowniczej, który równolegle przedstawiłby strategię walki z niską emisją w mieście. Oczywiście to we współpracy z TTBS, MZK, służbami porządkowymi i w jakimś stopniu z TCZ w oparciu o dane dotyczące zdrowia mieszkańców. I znów edukować, tak by po roku lub dwóch sąsiad nie wstydził się podkablować sąsiada, gdy z komina leci żółty, gęsty dym. Wyobrażacie sobie ludzie strażników miejskich chodzących po ludwikowskich uliczkach i sprawdzających piece i kwity na węgiel? Ja sobie wyobrażam. Sama ich bym tam wysłała. Niepopularne? No pewnie, że niepopularne. Od popularnych akcji są populiści. To o czym napisałam jest mało efektowne, żmudne i wymaga zaangażowania wielu ludzi, a efekt będzie przychodził stopniowo i za jakiś czas.

Dlatego za pół roku po mieście przejadą się śliczne, czyściutkie, eleganckie autobusiki z wi fi, a za rok znów będziemy się dusić gryzącym oskrzela powietrzem.

Focia z Antkiem

Ponad 30 tys. wyborców w okręgu nr 10, mających nieprzemożną potrzebę pielęgnowania wiary, że prezydent z jednocyfrowym poparciem zginął gdy samolot wybuchł.

I jednocześnie: wg. badań opinii publicznej, najbardziej niewiarygodny minister w obecnym rządzie. Najbardziej nielubiany minister. Minister najbardziej hejtowany na FB. Autorytety różnych dziedzin zadający publicznie pytanie: czy aby jest poczytalny i czy dobrze służy Polsce? Słowa: szalony, nieodpowiedzialny, żałosny, śmieszny, niekompetentny, nawiedzony, to najczęściej powtarzane określenia, gdy mówi się prywatnie o ministrze, a nie chce używać słów uważanych za obraźliwe.

W miasteczku powiatowy, przez oficjalne władze witany z wszelkimi honorami już nie tylko po kościołach. W miasteczku powiatowym inauguruje hecę, która odbywa się się na koszt państwa, a którą powinny – jeśli już – organizować i propagować organizacje pozarządowe.

Ale uwaga. Heca hecą, ale na front prezio deleguje nie siebie, nie kolegę zastępcę, ale pannę Zosię. Ona za 10 lat, będzie nadal młoda i aktywna zawodowo. Te fotki z Macierewiczem, jak szkolił laski z samoobrony będą jak pocałunek Judasza. Prezio to wie, dlatego na tych fociach go nie ma. Kiedyś funkcjonariusze PiS będą rozliczani za swe czyny, jak dziś funkcjonariusze SB. Pewnie ci, którzy będą wtedy rozliczać okażą więcej miłosierdzia niż pisowskie plemię, bo nie będą w to mieszać Boga. Ale bataliony Misiewiczów obojga płci mogą być pewne, że focie pozostaną.