Miesięczne archiwum: Maj 2017

Festiwal Polskiej Piosenki w miasteczku powiatowym

Trwa beka z Kurskiego i całej zadymy związanej z festiwalem w Opolu. Piszą, że Kurski przeniesie festiwal z Opola do Kielc. No, a czemuż nie do miasteczka powiatowego?

W miasteczku prezydent nie może się zebrać żeby zacząć budować pomnik śp. Brata, to mógłby chociaż festiwal zorganizować. To przecież jego dziedzina. Nic tak prezydentowi nie wychodzi jak wychodzenie na scenę. Że nie mamy amfiteatru? A kto powiedział, że hala lodowa nie wystarczy? Jak się zwiezie działaczy, a miejscowym rozda bilety za darmo i jeszcze loterię fantową zorganizuje, to hala będzie w szwach pękać od narodu. Sorry, Narodu.

Kto nie wystąpi, to na FB pełna lista, ciągle uzupełniana – jest dostępna. Wystąpią: Jan Pietrzak, Andrzej Rosiewicz i Jerzy Grunwald. No i prezydent. Tyle to se załatwi. A jaka promocja miasta. Lepsza niż Misiak z halloween i święty patron Antoni.

Bosze, jak się lud ucieszy. Bo przecież nic takiej radości ludowi nie sprawia, jak kolejny koncert. I jeszcze narodowa telewizja to pokaże.

Ogłaszam społeczne konsultacje w sprawie przeniesienia festiwalu do miasteczka powiatowego.

Na przykład Eleni

Czasem dochodzą mnie opinie na własny temat. Czepiam się władzy, bo sama nie zostałam prezydentką i dlatego wszystko mi się nie podoba. Głupiej o mnie się już nie da.

Przez prawie 25 lat pisałam o tym, co mnie drażni, nie po to, by coś za to dostać tylko po to, by to zmienić. Różnie się udawało. Zwykle się nie udawało. Przyczyn są setki i to temat na inną opowieść. Chętnie spotkam się z tym, kto mi udowodni, że pisałam i piszę dla korzyści, a nie dlatego, że powinno być inaczej.

Głupota, zakłamanie, hipokryzja i ciemnota zawsze mnie mierziły. Wytykałam i obśmiewałam. I tak mi zostało. Mam świadomość, że wielu, większości, to się w głowie nie mieści. W miasteczku powiatowym, w którym każda decyzja jest okupiona targami, to ciężkostrawny pokarm.

Wszystko tu ma swoją cenę. Posada albo chociaż obietnica posady. Kawałek drogi za domem. Lampa na ulicy u sąsiada. Zatrzymanie skarbówki przed sklepem mamy. Komunalne mieszkanie córki. Alkomat wskazujący zero promili. Za to wszystko można zapłacić. Zgodą na sprzedanie placu, wyburzenie kamienicy, połączenie spółek albo szkół, podniesieniem ręki za absolutorium, przystaniem na ulgę w po datku. Decyzje, które ważą na losach miasta, jakości życia w nim, są od lat podejmowane w oparciu o prywatny, osobisty zysk. I dlatego to miasto się, kurczy, biednieje, upada. Cofnęło się do ligi, którą inne podobnej wielkości miasta i o mniejszych walorach i potencjale, opuścili 20 lat temu.

Nie wiem, jak długo można mamić ludzi koncertami, bitwami na gąbki, jarmarkami, leżakami, lodowiskiem. Stan umysłowy i percepcja większości wskazuje, że długo. Gdy nie wiemy, jak zmniejszyć odpływ ludzi z miasteczka, skrócić kolejki do specjalisty, powstrzymać zadłużenie, ściągnąć inwestorów, zahamować wzrost czynszów, edukować mądrych a nie uległych, jak zbudować strategię na 10 lat i ją realizować, zredukować skażenie wody i powietrza, na to wszystko mamy jedną receptę – zapraszamy do miasteczka kolejnego artystę.

Kaktus w doniczce

Siedzę w kawiarence w centrum miasteczka powiatowego wraz z niemiecko-polskimi znajomymi. Ruch w kawiarence niewielki. Wokół same słowiańskie twarze i polski język. My rozprawiamy dość głośno. Może nawet odrobinę za głośno. Gadamy o irracjonalnym polskim strachu wobec uchodźców, o tym, że boimy się jak w średniowieczu, tego, czego nie znamy, a nie znamy, bo uchodźców tu nie ma. Mówimy, że zamiast chęci poznawania i uczenia się jest w nas (Polakach) niechęć i pogarda. Widzę, jak siedząca tuż koło nas pani w średnim wieku, popija kawkę i zaczyna nerwowo zerkać w naszym kierunku. Na jej twarzy rysuje się to o czym mówimy, niechęć i pogarda już nie do uchodźców, ale do nas, którzy śmiemy głośno mówić dobrze o tym, co ona nienawidzi.

Czytam wynik sondażu, z którego wynika, że to czego aktualnie najbardziej się boimy, to uchodźcy i jednocześnie oglądam w necie filmiki z warszawskiej manifestacji ONR. To już w wolnej Polsce, ktoś (kto?) nasrał im do łysych łbów i przyklapał czapką. W PRL pełno było filmów o wojnie, w których tak właśnie prezentowano najbardziej bezwzględnych oprawców.

Jakiś czas temu miałam wątpliwą przyjemność rozmawiać z obecnym radnym miejskim, który siedząc rozparty naprzeciwko mnie z czerwoną od złości albo gorzały gębą, grzebiąc w jajach, tłumaczył, że on katolik obroni polskie kobiety (w tym mnie? wg niego pewnie nie jestem prawdziwą kobietą) przed muzułmanami, a Polskę przed islamem. Osobiście nie oddałabym mu pod ochronę nawet kaktusa w doniczce, a jako mieszkanka miasteczka powiatowego muszę znosić fakt, że taki ćwok jest radnym.

Jak jemu podobni mogą tworzyć dobro w tym mieście? Troszczyć się o kogokolwiek poza własnymi rodzinami? Budować coś, czym będzie się można pochwalić za lat 20-30?