Uliczna patronka

Gdyby miasteczko powiatowe chciało być mniej powiatowe, a bardziej metropolitarne, to ustawie dekomunizacyjnej pokazałoby wyprostowany środkowy palec. Polegałoby to na tym, że ulica Oskara Langego nazywałaby się ulicą Oskara. Kropka.

Uniknęlibyśmy przy okazji farsy z typowaniem nazw ulic przez dwudziestoosobowe gremium i głosowania przez naród. Przy okazji zastanawiam się, czy dożyję czasów, gdy – bez pisowskiej zaciekłości i triumfalizmu – za to z pokorą, wręcz z pewnym zawstydzeniem, będą zdejmowani z szyldów Lech Kaczyński i małżonkowie Kaczyńscy, bo że tak się stanie, to pewne.

Nie sądziłam, że patronką ulicy zostanie Wanda Panfil. Duże zaskoczenie i ambiwalentne odczucia. Z jednej strony wystawianie pomników za czyjegoś życia, to spore ryzyko. Wielu znawców tematu w tym historyków mówi, że to zbędny pośpiech, a wielkość jak jest wielka, to się sama obroni. Upływ czasu tylko gruntuje ten stan. Nie znam Wandy Panfil. Podziwiam jej sportowe osiągnięcia, wytrwałość. Skoro zdecydowała się uczestniczyć w „ulicznym plebiscycie”, to znaczy, że jej ego dorównuje rozmiarem dystansowi, na którym biegała. Współczuję, że, by nadal funkcjonować w tym co lubi robić, musi wspierać władzę, w dodatku tę, która tak gardzi kobietami. Przypomnę w tym miejscu, że do 1967 r. mężczyźni zabraniali kobietom biegania w maratonach. Później też by zabraniali, ale pewna Amerykanka, Kathrine Switzer, ukryła imię pod literką K. twarz w kapturze, pobiegła, przebiegła i tak już zostało. Dzięki niej Wanda Panfil i inne, kobiety biegają w maratonach, a panowie mogą się z nimi fotografować.

Z drugiej strony, uczynienie patronką ulicy kobiety (jedynej w zestawie) to znak, że mieszkańcom miasteczka powiatowego brakuje niewiast w przestrzeni publicznej. Ostatni raz patronką ulicy w tym mieście została kobieta jakieś 40 lat temu. Było to najprawdopodobniej w 1981 r., a ta kobieta, to tomaszowska poetka Teresa Gabrysiewicz-Krzysztofik.

Napiszę nieskromnie, że mam niejaki udział w podnoszeniu świadomości w dziedzinie braku kobiet w życiu społeczno-politycznym. I tym samym jakiś drobny udział w tym, że ulica otrzymuje patronkę nie patrona.

Macie się nad czym zastanawiać panowie przekonani, że męską hegemonia jest wam dana raz na zawsze.

Właśnie leci kabarecik

Z powodu pozbycia się kilka lat temu domowego telewizora dopiero teraz w internecie obejrzałam powrót „Powiatowej” ze szczytu UE w Brukseli. Wracała z tarczą witana wiąchami kwiatów przez swoich z Jaro na czele.

Patrzyłam na tę scenkę kilka razy. Nie mogę uwierzyć, że oni tak naprawdę. Pan Janeczek, pan Piotruś, panna Basieńka, Turecki. Wszystkie te postaci z „Kabareciku” Olgi Lipińskiej teraz, jak żywe. Dobra, „gorszy sort” rozdziawia gęby od roku i pięciu miesięcy, ale co z wyznawcami pisowskiej religii?

W miasteczku powiatowym jest ich w nadmiarze. Niektórzy ukończyli jakieś szkoły i potrafią ze zrozumieniem czytać. Oznacza to, że w życiu kierują się cynizmem i konformizmem, albo nie mieli już siły znosić biedy i są tam gdzie są, pomimo że moralne wybory wskazują zupełni na coś innego.

Jak się teraz czują? Nie zapala im się jakieś czerwone światełko? Nie czują, że czas już opuścić piaskownicę? Jak tam pisowskie panie nauczycielki znoszą niepohamowany niczym upór pani Zalewskiej? Jak panie pielęgniarki rozmawiają ze swoimi córkami i koleżankami o tabletce ellaOne po tym, jak pan Radziwiłł zdecydował, że ta będzie na receptę? Wiecie, że za dwa lata będziecie musieli zapieprzać na wynik Saryiusza-Wolskiego, na którego do tej pory pluliście?

No dobra, to wszystko pikuś. Wobec tego, że wasze córki i synowie mogą już nie jeździć do wrogiej UE. Że wasz wódz robi wszystko byśmy stali się rosyjską republiką. Nie czujecie, że wam się zaciska pętla na szyi?

A jak w końcu ta ekipa z „Kabareciku” zaplącze się w sznurówki, to jak będziecie żyć w tym miasteczku powiatowym? Wiem, liczycie na to, że sitwa was obroni.

Po 8 marca. Jesteśmy wkurwione

Tytuł zaczerpnęłam z przemówienia Joanny Jaśkowiak, żony prezydenta Poznania, która zabrała głos podczas strajku kobiet z okazji 8 marca. Oto kilka faktów i refleksji po tomaszowskim zdarzeniu.

  1. Podczas wiecu 8 marca na pl. Kościuszki było nas więcej niż podczas Czarnego Protestu, 3 października ub.r.
  2. Na wiec przybyła jedna obecna radna (powiatowa z PO). Była też żona miejskiego radnego PiS, który lubi głosić, że, cyt.: „rodzina jest najważniejsza”.
  3. Na wiec przybyli mężczyźni. Nie dziesięciu, ale kilkudziesięciu: mężowie, partnerzy, bracia, synowie, przyjaciele, znajomi.
  4. Na wiec nie przybyły: Magdalena Witko żona prezydenta Tomaszowa, Zofia Szymańska zastępczyni prezydenta Tomaszowa, żadna z pięciu radnych miejskich. Ich nazwiska wymienię, byście panie wiedziały na kogo nie głosować w przyszłym roku: Krystyna Bobińska, Iwona Flamholc, Ewa Kaczmarek, Urszula Seredyn, Beata Stańczyk. Nie było też członkini Zarządu Powiatu, Barbary Robak oraz radnej powiatowej Marty Niemczyk.
  5. Na wiec nie przybyły, by wesprzeć protestujące tomaszowianki przedstawicielki i członkinie żadnej opozycyjnej partii. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, a jedynie potwierdzenie, że partyjna opozycja w Tomaszowie nie istnieje.
  6. Wiec organizowany siłami społecznymi, bez wsparcia finansowego kogokolwiek zgromadził więcej ludzi niż organizowany oficjalnie z udziałem prezydenta miasta bieg, w którym za publiczne pieniądze wystrojono uczestników biegu i w którym panu prezydentowi nie przeszkadzało uwieczniać się na fotografiach z flagami ONR w tle. Kobiety i mężczyźni przyszli z własnej woli, świadomie. Nikt ich nie zmuszał, nie agitował, nie kupował.
  7. Hejt po i przed wiecem wskazuje, że wielu tomaszowian używa języka nienawiści, pogardy i poniżenia wobec kobiet. Prezentują poziom językowy, intelektualny i światopoglądowy świadczący o ogromnej niechęci do edukowania się, a potrzeba rozumienia zjawisk i procesów politycznych i społecznych, u nich nie występuje. Dla kobiet hejterek – brak słów. Dla wymienionych idolem pozostaje Korwin-Mikke, który przynosi Polkom i Polakom wstyd w skali europejskiej.
  8. W trakcie wiecu na rogach placu Kościuszki stało kilka osób z rzeczywistości równoległej i ponoć się modliło za uczestniczki i uczestników wiecu.
  9. Po środowym wiecu wiem, że mnóstwo tomaszowianek czuje się w naszym mieście tak jak ja: lekceważona, zbywana, wyśmiewana. Jesteśmy wściekłe. Jesteśmy wkurwione.

8 marca w 53 miastach Polski kobiety wyjadą na ulice. Wyjdź i ty, tomaszowianko!

Kobiety w Polsce potrzebują momentu, w którym zobaczą swoją siłę. Zobaczą, ile jest kobiet myślących tak samo. Tak do strajku 8 marca nawołuje Krystyna Janda. I dodaje – nie jesteśmy workiem na nasienie.

Zatem wyjdźmy w środę na pl. Kościuszki. Będzie wiec. Nie będzie marszu, bo marsz może zrobić wrażenie, tylko wtedy gdy jest liczny. Zastraszenie tomaszowian i tomaszowianek jest zbyt silne i trwa zbyt długo. Demontaż społeczeństwa obywatelskiego w naszym mieście odbywa się od wielu lat, więc nie ma co liczyć na tłum, który wypełni ul. św. Antoniego. Dlatego spotykamy się na pl. Kościuszki o 16.00. Niech wam się chce zrobić transparenty i wykrzyczeć na nich swoją niezgodę na łamanie praw kobiet.

Będziemy o nich mówić. O tym, jak krok po kroku próbuje się je nam ograniczać, a potem zabierać.

Będziemy mówić o solidarności kobiet i o tym, jak kobiety polityczki w naszym mieście nie dbają o inne kobiety. Że tomaszowskie polityczki są jak Szydło, jak Kempa, jak Pawłowicz. Próbują być jeszcze gorsze i bardziej bezwzględne niż ich partyjni koledzy.

Pamiętajcie! Tomaszowski więc z okazji 8 marca nie organizuje żadna partia polityczna. Żadna partyjna opozycja.

Robimy to my, tomaszowskie kobiety. Część z nas związana jest jedynie ze Stowarzyszeniem Kongres Kobiet. Chcemy po raz kolejny zaprotestować przeciw łamaniu i ograniczaniu praw kobiet. Wykrzyczeć, że nie ma zgody na taką politykę, na nienawiść wobec nas, na ignorowanie naszego głosu.

Spotykamy się w środę, 8 marca. 8 marca to nie jest Święto Kobiet, to nie jest nawet Dzień Kobiet. To jest Dzień Walki i Niezgody Kobiet!

Przyjdź, weź ze sobą sąsiadkę, koleżankę, córkę, teściową. Potrzebna jest solidarność kobiet. Potrzebna jesteś TY!

Środa, 8 marca, godz. 16.00, pl. Kościuszki.

Sayrusz-Wolski i miasteczko powiatowe

Cały kraj czeka w napięciu czy europoseł Jacek Sayrusz-Wolski odbierze telefon, czy nie, a jeśli odbierze, to co powie i komu. Najbardziej obgryzione ze zdenerwowania paznokcie może mieć w związku z tym telefonem prezydent miasteczka powiatowego.

Przypomnijmy. Sayrusz-Wolski to europoseł PO z woj. łódzkiego. Czyli nasz. Na stanowisko przewodniczącego RE nie ma najmniejszych szans, ale skoro pozwolił, by jego nazwisko brało udział w grze, to znaczy, że o coś gra. Wielce prawdopodobnym jest to, że idealnym zwieńczeniem jego europejskiej kariery byłoby stanowisko unijnego komisarza. Po wyborach do Europarlamentu w 2019 r. kandydatów na komisarzy zgłaszać będą rządy unijnych państw. Skoro tak, to polskiego kandydata zgłaszał będzie rząd pisowski. By być pisowskim kandydatem trzeba być pisowskim europosłem. Inaczej być nie może. Jeśli Jacek Sayrusz-Wolski zmieni barwy i za dwa lata wystartuje w wyborach z listy PiS, to będzie „jedynką” na tej liście. Inaczej być nie może. 

To miesza szyki innemu panu W., który szykował się do wczoraj na tę listę i na to miejsce. Jeśli ta konstrukcja okaże się prawdziwa, to co pocznie biedak po wygraniu wyborów samorządowych za rok? Kredyty do spłacania, podatki, ścieki i woda do podwyższenia, hala na minusie, mieszkanie 500+ w ruinie, drogi nieremontowane, bezrobocie rosnące, powietrze zanieczyszczone, nauczyciele wkurwieni, a miasto wciąż się kurczy.

Jak żyć? Gdzie się katapultować? Andrzeju, ratuj!

Smak odrazy

To jest blog o moim rodzinnym mieście. Wiem, pamiętam, ale nie mogę się powstrzymać.

Zakładam, że lądowisko śmigłowców jest gdzieś w pobliżu siedziby Rady Ministrów.

Śmigłowiec startuje z bazy (załoga 2 osoby?). Do śmigłowca wsiada „powiatowa*” (pewnie nie sama, z kimś do towarzystwa?) Przelot na trasie W-wa – Kraków.

Dwie-trzy (?) godziny wcześniej z tego samego miejsca startują trzy rządowe limuzyny (ile osób, 3-6?) i jadą do Krakowa w miejsce, gdzie wyląduje śmigłowiec.

Śmigłowiec wraca do warszawskiej bazy.

Powiatowa” przesiada się ze śmigłowca do jednego z aut. Następnie wszystkie trzy auta jadą do Brzeszczy. Ok. 80 km.

Jest piątek wieczór, może już noc. „Powiatowa” jest już w domu.

Trzy limuzyny „puste” wracają do stolicy. A może nie wracają? Może kierowcy i ochrona śpią w jakimś hotelu (3 gwiazdki?) i dopiero w sobotę rano jadą ponad 300 km do Warszawy?

Po weekendzie w niedzielę wieczorem lub poniedziałek rano, ta sama procedura tylko w odwrotnym kierunku.

Podsumowując. Trzy limuzyny przejeżdżają łącznie ponad 1800 km x 2 czyli w sumie 3600 km (!) żeby przewieźć jedną osobę na odcinku 160 km. Do tego cztery kursy śmigłowca na odcinku W-wa – Kraków, w tym dwa przeloty „puste”.

Nie mogę policzyć godzin ludzkiej pracy, bo brakuje mi danych. Może ktoś biegły w liczeniu wozokilometrów i godzin pracy policzyłby mi łączny koszt tego procederu. No bo jak to inaczej nazwać?

PS

W socjalistycznej szkole, do której uczęszczałam wpajano nam odrazę do kapitalistów wyzyskujących klasę robotniczą. Pamiętam ten smak.

*Dla niezorientowanych. Ksywy „Powiatowa” używa sam szef .

Opiniotfurca

Dowiedziałam się właśnie, że prezydent miasteczka, które pogrąża coraz bardziej w powiatowym prowincjonalizmie, ogłosił publicznie, że ma własne zdanie.

Własne zdanie dotyczy kadencyjności pracy wójtów, burmistrzów i prezydentów, a także posłów. Przypadkowo prezydent ma w tej sprawie takie same zdanie, jak szef partii, i cała partia, której jest członkiem. 

Co do 2-kadencyjności, to łatwo mu ją popierać, bo sam na urzędzie zasiada dopiero pierwszą kadencję. Jego prezydentura skrojona jest na pięć lat. Plan zakłada, że za niespełna dwa lata musi wygrać wybory, bo jak nie wygra, to po nim. A za kolejny rok wystartuje w kolejnych wyborach i albo zostanie europosłem, bo vacat na „jedynce” po Wojciechowskim się zwolnił, a nikt nie zna obecnego posła z UP, albo ostatecznie nasz rodzimy Sejm. Za niespełna trzy lata trzeba będzie przecież spłacać zaciągnięte w tym i w tamtym roku kredyty. Hybrydy przestaną lśnić, a mogą zacząć się psuć. Galeria spowszednieje. Dróg nowych nie będzie za co budować, a jeszcze trzeba będzie skądeś wytrzasnąć kolejne miliony na utrzymanie hali lodowej. Warto więc będzie zostawić ten powiatowy bałagan i katapultować się z udziałem Kościoła i ciemnego ludu, dalej.

Wracając jednak do opiniotwórczej roli prezydenta miasta. Jego opinia w tej i każdej innej sprawie jest tak samo niezależna i samodzielna jak sznurówki w moich adidasach. Skoro zaczął już jednak informować, że ma zdanie w jakiejś sprawie, to chętnie byśmy się dowiedzieli, co myśli o ekscesach Misiewicza, który o mało co byłby naszym posłem, dlaczego uważa (bo na pewno uważa), że nasz kraj powinien wypowiedzieć konwencję antyprzemocową, czy wierzy w zamach w Smoleńsku i czy słusznie polski rząd nie wyraził zgody na przyjęcie 10 syryjskich sierot.

I niech powie tomaszowiankom, że jak zostanie posłem, to podpisze się pod kolejnym projektem ustawy o całkowitym zakazie aborcji i karą więzienia dla kobiet, które się na nią zdecydowały.

Miasto przyjazne seniorom

Wiecie, że w miasteczku powiatowym odbył się koncert dla seniorów, w którym udział brali prezydent miasta i dzieci z przedszkola, a organizatorem imprezki była parafia i Rycerze Kolumba?

Ktoś nie wie, kto to są Rycerze Kolumba? To świecka organizacja katolików, wyłącznie mężczyzn, których sztandarowym zadaniem jest ochrona życia ludzkiego od poczęcia do śmierci. Są, a jakże, i u nas. Przy parafii św. Antoniego. O jednym wiem, że w chamskim stylu przeganiał wolontariuszy WOŚP pod kościołem.

Gratuluję rodzicom, których dzieci biorą udział w koncertach organizowanych przez Rycerzy Kolumba oraz seniorom, czyli dziadkom tych dzieci. Raczej się w tym miasteczku nie doczekają poradni geriatrycznej, ale koncert z prezydentem w roli głównej jeszcze nie jeden zobaczą.

Im szaleństwo wokół bardziej narasta, tym bardziej wiem, że to ja jestem normalna.

Cham prezydentem

Słucham relacji z zaprzysiężenia prezydenta USA, Donalda Trumpa. Gbur, cham, szowinista, seksista i co tam jeszcze chcecie, został 45. prezydentem USA. I ten szowinista, seksista itd. na uroczystość zaprosił swoją rywalkę, kontrkandydatkę, Hillary Clinton, którą lżył, którą obrażał i której groził podczas kampanii.

Wiecie o czym teraz myślę… O inteligencie, koledze PAD z Ludwikowskiej, któremu w głowie nawet nie zaświtało, że powinien mnie zaprosić, gdy zostawał prezydentem miasteczka powiatowego.

No taki deal.

Smog polityczny

Rozmawiałam niedawno z lokalnym politykiem z parlamentarnej partii. Nie wymienię nawet pierwszej litery jego imienia ani nazwiska, żeby nie było skojarzeń. Przyznał, że czyta mojego bloga, ale mu smutno, jak czyta. Mnie też jest smutno, jak piszę.

Nic nie poradzę na to, że śledzę dokładniej, niż przeciętna osoba, to co dzieje się w miasteczku powiatowym. Mam wiedzę o Tomaszowie, ponadprzeciętną. Nie chwalę się tym, po prostu to wynik tego, czym się zajmuję od ponad ćwierć wieku. Dlatego zatrważa mnie hala lodowa, 66 mln zł na autobusy, rujnowanie Włókniarza, leżaki na pl. Kościuszki, św. Antoni i remonty dróg, które powinny być codziennością, a którymi mamy się zachwycać, z racji tego, że władza w ogóle coś robi, choć często robi fuszerkę lub na nią przystaje.

Zatem popiszę teraz bardziej optymistycznie. O tym co mogłoby być, a nie będzie. O tym, czym chciałam się zająć, gdybym została prezydentką tego miasta. Nie martwię się, że obecnie panujący ukradnie te pomysły. Nie ukradnie, bo nie ma odwagi na wprowadzanie trudnych zmian. On ma tylko energię na radosny PR, z którego nic nie wynika dla ludzi. Prócz chucpy oczywiście. A temu zapóźnionemu, pod każdym względem miastu, potrzebne są trudne i odważne reformy, a nie szastanie publicznymi pieniędzmi.

Zacznijmy od tego, co obecnie najbardziej aktualne, czyli od smogu. W moim programie wyborczym napisałam, że najważniejsza jest czysta woda i czyste powietrze, by tomaszowianie nie chorowali, nie wydawali pieniędzy na leczenie i lekarstwa, by poprawiała się ich kondycja. Mieli siłę i ochotę pracować i żyć.

Czyste powietrze to podstawa, bo to skryty zabójca. Może obecna sytuacja da paru osobom do myślenia. Ale pewnie tylko paru. Smog doskwiera wówczas, gdy zaczyna się sezon grzewczy.

Należy zacząć od edukacji. Edukować dzieci w przedszkolach i szkołach. Robić to tak, by dzieci zawstydzały rodziców, gdy ci plastikową butelkę wrzucają do pieca. Edukować dorosłych. Program edukacyjny powinien przygotować Zakład Gospodarki Ciepłowniczej, który równolegle przedstawiłby strategię walki z niską emisją w mieście. Oczywiście to we współpracy z TTBS, MZK, służbami porządkowymi i w jakimś stopniu z TCZ w oparciu o dane dotyczące zdrowia mieszkańców. I znów edukować, tak by po roku lub dwóch sąsiad nie wstydził się podkablować sąsiada, gdy z komina leci żółty, gęsty dym. Wyobrażacie sobie ludzie strażników miejskich chodzących po ludwikowskich uliczkach i sprawdzających piece i kwity na węgiel? Ja sobie wyobrażam. Sama ich bym tam wysłała. Niepopularne? No pewnie, że niepopularne. Od popularnych akcji są populiści. To o czym napisałam jest mało efektowne, żmudne i wymaga zaangażowania wielu ludzi, a efekt będzie przychodził stopniowo i za jakiś czas.

Dlatego za pół roku po mieście przejadą się śliczne, czyściutkie, eleganckie autobusiki z wi fi, a za rok znów będziemy się dusić gryzącym oskrzela powietrzem.