Samotność prezydenta

Czy chciałbyś więcej zarabiać? Czy jesteś za wydłużeniem urlopu wypoczynkowego i skróceniem dnia pracy? Czy wszystkie szkolne zajęcia dodatkowe powinny być bezpłatne? Pytań, na które odpowiedź jest z góry znana są tysiące. Jedno z nich brzmi: czy jesteś za likwidacją strefy płatnego parkowania? Takie pytanie może zadać populista. Ktoś, kto sam boi się podejmować trudnych decyzji, choć do tego właśnie został powołany. Ta „konsultacja społeczna”, za przeprowadzenie której urzędnicy wzięli pieniądze, a mogli w tym czasie zająć się czymś pożytecznym, pokazuje nie tylko bezradność, ale i samotność.

Prezydent miasteczka powiatowego musi borykać się sam ze wszystkim. Oczywiście ma urzędników, którzy wykonują jego polecenia. Nie ma jednak ludzi, którym może ufać, którym może powierzyć jakiś projekt i wrócić do niego, dopiero po to, by się nim pochwalić, ludzi którzy mogliby zaproponować mu cokolwiek i cokolwiek doradzić. Ma tak na własne życzenie. Z jednej strony oczekuje wierności i uległości. Cechy najmniej pożądane w gronie wiernych to: kreatywność, samodzielność, niezależność i odwaga. Wszystko to na czym opiera się dzisiejszy świat i na czym buduje sukces. Z drugiej strony – ta formacja prezentuje wyjątkową mizerię intelektualną i jest jej z nią na swój sposób dobrze. Po to mają wodza, by za nich myślał, podejmował decyzje, prowadził. Najważniejsze – zdjął z nich jakąkolwiek odpowiedzialność.

Strach przed odpowiedzialnością objawia się bezradnością. Bezradność i brak wsparcia uwidaczniają się w tym jednym prostym pytaniu: czy jesteś za strefą płatnego parkowania?

 

O czym rozmawiają faceci

Jadę rano tramwajem łódzką WZ-etką. W tramwaju sporo ludzi. Dwóch mężczyzn w wieku 30-35 lat, widać dobrych znajomych, prowadzi dość głośną rozmowę. Nie trzeba nadstawiać ucha, by usłyszeć, o czym mówią.

Przez dwa przystanki rozmowa dotyczy zachowań córeczki jednego z nich. Mężczyzna z uśmiechem na twarzy opowiada, jaka jest energiczna, jakie lubi zabawy, co dziś będzie robiła w przedszkolu.

Dojeżdżamy do stadionu Widzewa. Nigdy nie pojmę, jak można wywalić furę publicznej kasy, po to, by w następstwie wydawać następną kasę, by upilnować, żeby stadion nie poszedł z dymem, a jego użytkownicy się wzajemnie nie pozabijali. Panowie w tramwaju zmieniają temat rozmowy. Mówią coś o jakiejś drużynie i jej wynikach, ale nie bardzo potrafię powtórzyć.

Za chwilę znów, na dwa kolejne przystanki, wracają do wymiany informacji na temat zachowań swoich dzieci. Jadą pewnie do pracy. Wyglądają na zadowolonych, bez skrępowania wymieniają się wiedzą o tym co lubią ich małych dzieci.

Ich zachowanie i temat rozmowy wywołują u mnie dobry nastrój. Mój ojciec 50 lat temu, pewnie nie był w stanie gadać ze swoimi kumplami o tym, jak nie lubię porannej zupy mlecznej. Wbrew temu, co pragną utrwalić w narodzie prawdziwi Polacy, naród się zmienia. Zmieniają się też faceci. Nie muszą wciąż udawać macho. Nie muszą udowadniać, że nimi są. A tym, co muszą pozostaną stadiony, a czasami już tylko… ulica.

 

 

25. inwestycja

„Dziś 1, czerwca sprzedaliśmy 20 ha dla duńskiego inwestora pod budowę kolejnej dużej fabryki. To moja jubileuszowa 25-ta inwestycja sprowadzona i ulokowana w XXX, dająca nowe miejsca pracy dla mieszkańców miasta, dla okolicy i regionu, a dla XXX PODATKI pozwalające na realizację naszych marzeń. Tak więc ze sprzedaży tej działki sfinansujemy budowę krytej pływalni, a z płaconych przez firmę podatków będziemy mogli ten nasz wymarzony basen utrzymać.” – pochwalił się na FB znajomy prezydent. Nie, nie miasteczka powiatowego.

Cholera jasna, myślę sobie, czemu w moim miasteczku powiatowym nigdy nie było prezydenta, który mógłby zapowiedzieć kolejną, 25-inwestycję? No chociaż, 10-tą.

Jak powstawał basen, to był trium, że powstaje, ale nie było komunikatu, co miasto zrobi, żeby na ten basen zarobić. Nigdy nie było takiego myślenia. Teraz też nie wiemy, kto i jak zarobi na mrożenie lodu pod dachem przez cały rok. Jeśli z naszych podatków, to jak je zwiększymy, bo jak nie zwiększymy to na coś zabraknie. Na co zabraknie? Komu prezio zabierze? Emerytom, którzy dostają po 10 tys. zł na rok i muszą o nie żebrać? Której ulicy nie wyremontuje? Bo, że psy w schronisku nadal będą cierpiać, jak do tej pory, to nikt wątpliwości mieć nie może. Ludowi jeszcze ma starczyć radość z galerii, której nie wybudował, ale którą wychwala. Ponoć widzi wokół siebie więcej dzieci, ale żłobka im nie zafunduje. Co najwyżej darmową przejażdżkę na łyżwach, jak urosną.

No takie są różnice między tymi co rządzą a tymi co zarządzają.

Festiwal Polskiej Piosenki w miasteczku powiatowym

Trwa beka z Kurskiego i całej zadymy związanej z festiwalem w Opolu. Piszą, że Kurski przeniesie festiwal z Opola do Kielc. No, a czemuż nie do miasteczka powiatowego?

W miasteczku prezydent nie może się zebrać żeby zacząć budować pomnik śp. Brata, to mógłby chociaż festiwal zorganizować. To przecież jego dziedzina. Nic tak prezydentowi nie wychodzi jak wychodzenie na scenę. Że nie mamy amfiteatru? A kto powiedział, że hala lodowa nie wystarczy? Jak się zwiezie działaczy, a miejscowym rozda bilety za darmo i jeszcze loterię fantową zorganizuje, to hala będzie w szwach pękać od narodu. Sorry, Narodu.

Kto nie wystąpi, to na FB pełna lista, ciągle uzupełniana – jest dostępna. Wystąpią: Jan Pietrzak, Andrzej Rosiewicz i Jerzy Grunwald. No i prezydent. Tyle to se załatwi. A jaka promocja miasta. Lepsza niż Misiak z halloween i święty patron Antoni.

Bosze, jak się lud ucieszy. Bo przecież nic takiej radości ludowi nie sprawia, jak kolejny koncert. I jeszcze narodowa telewizja to pokaże.

Ogłaszam społeczne konsultacje w sprawie przeniesienia festiwalu do miasteczka powiatowego.

Na przykład Eleni

Czasem dochodzą mnie opinie na własny temat. Czepiam się władzy, bo sama nie zostałam prezydentką i dlatego wszystko mi się nie podoba. Głupiej o mnie się już nie da.

Przez prawie 25 lat pisałam o tym, co mnie drażni, nie po to, by coś za to dostać tylko po to, by to zmienić. Różnie się udawało. Zwykle się nie udawało. Przyczyn są setki i to temat na inną opowieść. Chętnie spotkam się z tym, kto mi udowodni, że pisałam i piszę dla korzyści, a nie dlatego, że powinno być inaczej.

Głupota, zakłamanie, hipokryzja i ciemnota zawsze mnie mierziły. Wytykałam i obśmiewałam. I tak mi zostało. Mam świadomość, że wielu, większości, to się w głowie nie mieści. W miasteczku powiatowym, w którym każda decyzja jest okupiona targami, to ciężkostrawny pokarm.

Wszystko tu ma swoją cenę. Posada albo chociaż obietnica posady. Kawałek drogi za domem. Lampa na ulicy u sąsiada. Zatrzymanie skarbówki przed sklepem mamy. Komunalne mieszkanie córki. Alkomat wskazujący zero promili. Za to wszystko można zapłacić. Zgodą na sprzedanie placu, wyburzenie kamienicy, połączenie spółek albo szkół, podniesieniem ręki za absolutorium, przystaniem na ulgę w po datku. Decyzje, które ważą na losach miasta, jakości życia w nim, są od lat podejmowane w oparciu o prywatny, osobisty zysk. I dlatego to miasto się, kurczy, biednieje, upada. Cofnęło się do ligi, którą inne podobnej wielkości miasta i o mniejszych walorach i potencjale, opuścili 20 lat temu.

Nie wiem, jak długo można mamić ludzi koncertami, bitwami na gąbki, jarmarkami, leżakami, lodowiskiem. Stan umysłowy i percepcja większości wskazuje, że długo. Gdy nie wiemy, jak zmniejszyć odpływ ludzi z miasteczka, skrócić kolejki do specjalisty, powstrzymać zadłużenie, ściągnąć inwestorów, zahamować wzrost czynszów, edukować mądrych a nie uległych, jak zbudować strategię na 10 lat i ją realizować, zredukować skażenie wody i powietrza, na to wszystko mamy jedną receptę – zapraszamy do miasteczka kolejnego artystę.

Kaktus w doniczce

Siedzę w kawiarence w centrum miasteczka powiatowego wraz z niemiecko-polskimi znajomymi. Ruch w kawiarence niewielki. Wokół same słowiańskie twarze i polski język. My rozprawiamy dość głośno. Może nawet odrobinę za głośno. Gadamy o irracjonalnym polskim strachu wobec uchodźców, o tym, że boimy się jak w średniowieczu, tego, czego nie znamy, a nie znamy, bo uchodźców tu nie ma. Mówimy, że zamiast chęci poznawania i uczenia się jest w nas (Polakach) niechęć i pogarda. Widzę, jak siedząca tuż koło nas pani w średnim wieku, popija kawkę i zaczyna nerwowo zerkać w naszym kierunku. Na jej twarzy rysuje się to o czym mówimy, niechęć i pogarda już nie do uchodźców, ale do nas, którzy śmiemy głośno mówić dobrze o tym, co ona nienawidzi.

Czytam wynik sondażu, z którego wynika, że to czego aktualnie najbardziej się boimy, to uchodźcy i jednocześnie oglądam w necie filmiki z warszawskiej manifestacji ONR. To już w wolnej Polsce, ktoś (kto?) nasrał im do łysych łbów i przyklapał czapką. W PRL pełno było filmów o wojnie, w których tak właśnie prezentowano najbardziej bezwzględnych oprawców.

Jakiś czas temu miałam wątpliwą przyjemność rozmawiać z obecnym radnym miejskim, który siedząc rozparty naprzeciwko mnie z czerwoną od złości albo gorzały gębą, grzebiąc w jajach, tłumaczył, że on katolik obroni polskie kobiety (w tym mnie? wg niego pewnie nie jestem prawdziwą kobietą) przed muzułmanami, a Polskę przed islamem. Osobiście nie oddałabym mu pod ochronę nawet kaktusa w doniczce, a jako mieszkanka miasteczka powiatowego muszę znosić fakt, że taki ćwok jest radnym.

Jak jemu podobni mogą tworzyć dobro w tym mieście? Troszczyć się o kogokolwiek poza własnymi rodzinami? Budować coś, czym będzie się można pochwalić za lat 20-30?

Gdańsk i Bydgoszcz

Przeczytałam w necie pismo prezydenta Gdańska i oniemiałam.

Gdańsk ma Radę ds. Równego Traktowania. Treść pisma wskazuje, że nie jest to ciało fasadowe, stworzone w ramach piarowskiej promocji pana prezydenta, ale do wykonywania określonej pracy.

Po drugie, zastanawiam się, ilu radnych w miasteczku powiatowym słyszało o Europejskiej Karcie Równości Kobiet i Mężczyzn i w ilu z nich ten dokument nie budzi pogardy.

Po trzecie wreszcie, czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie naszych mandatowych radnych analizujących jakiś europejski dokument i na jego podstawie wypracowujących priorytetowe zadania i harmonogram ich realizacji wraz ze sposobem monitorowania osiąganych efektów? No jak, kumamy o czym tu napisane?

A w ogóle, po co gdańszczanom równanie do standardów europejskich? Ileż to problemów rodzi taki jednozdaniowy zapis o tym, że samorządy powinny przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji w równym stopniu brać pod uwagę potrzeby obu płci.

Przyjechaliby na szkolenie i integrację do miasteczka powiatowego, to by zobaczyli, jak się buduje boiska, basen i halę, żeby chłopacy i chłopy miały gdzie obniżać poziom testosteronu, a ścieżki rowerowej nie ma komu oświetlić, wjazdów dla niepełnosprawnych do szkoły wybudować, a kibel w parku dla starych ludzi stawia się czwarty rok. Usłyszeliby, jak prezio snuje wizje dodatniego przyrostu naturalnego, a w jedynym żłobku stoi jeden komputer bez Windowsa.

W miasteczku powiatowym europejskie standardy równościowe to można co najwyżej czerpać od radnego z Bydgoszczy. Bydgoszcz dla niektórych to już metropolia, a zastraszanie, upokarzanie, bicie i poniżanie, to wołanie o miłość. Co nie?

Co z tą szkołą?

Gdybym została prezydentką to w ubiegłotygodniowym strajku wzięłyby udział wszystkie szkoły i przedszkola w miasteczku powiatowym. Stałoby się tak nie z czyjegoś nakazu, ale z inicjatywy i woli nauczycieli, a w głównej mierze nauczycielek, bo to one wypełniają szkoły. A tak prezio zwołał dyrektorki, pogroził paluchem, a w dniu strajku wystosował podziękowanie do nauczycieli i pogratulował im obywatelskiej postawy. Prezio tyle wie o obywatelskości, co ja o skokach na spadochronie. Cynizm i hipokryzja gościa, który do niedawna sam uczył śpiewu.

Gdy się trzeba nieustannie trzymać na baczności, gdy własne poglądy i godność trzeba zwinąć jak używaną w czasie kataru chustkę i upchać w kieszeń tak żeby nie usmarkać rąk, to ja się pytam, jak w takich warunkach uczyć kogoś? Uczyć uczciwości, wrażliwości, szacunku dla poglądów własnych i innych, uczyć obywatelskości, tolerancji, ciekawości świata. Sfrustrowanych nauczycieli powinno się trzymać z dala od uczniów, a tymczasem szkoły wypełniają niemal wyłącznie sfrustrowani. Patrzę na tę pogardę jaką władza ta ze stolicy i ta z miasteczka powiatowego ma dla nauczycieli i myślę, że szkoła w PRL, do której ja chodziłam, jako uczennica, to był pikuś.

Państwo pisowskie ma jednak „pozytywne plusy”. Przez lata widzieliśmy szkołę jako instytucję, która jest oczywistością. Coś tam się wydarzało na styku uczeń-nauczyciel-rodzic, ale generalnie chodziło o to, by do tej szkoły chodzić, lekcje odrabiać, stopnie i kolejne świadectwa przynosić.

Pisowskie przygotowania reformy (stwierdzenie podwójnie fałszywe, bo ani to przygotowania, ani reforma), które prowadzą do ideologizacji szkoły i procesu nauczania sprawiają, że rodzą się pytania zupełnie innej wagi. Kim będzie człowiek, po ośmiu latach takiego nauczania? Jak będzie odbierał świat? Jak zinterpretuje zjawiska, które wokół niego będą miały miejsce? Z kim będzie mu dobrze, a z kim źle? Czy będzie szukał nowych wyzwań, czy raczej się na nie zamknie? Jak się dogada ze światem, nie tym mijanym podczas spaceru ulicą księdza Grada, ale tym który go czeka po wylądowaniu na którymkolwiek europejskim lotnisku?

Takich pytań są setki. Powinni je sobie zadawać głównie rodzice.

Dziś o 17.00 na spotkaniu pod hasłem „Co z tą szkołą?” Będziemy o tym rozmawiać. Nie mam złudzeń, na takie spotkanie ma odwagę przychodzić jedynie garstka. Ale każda rewolucja zaczyna się od garstki. A ponieważ dzisiejszy świat się nie toczy, ale zapier… więc rewolucja nadejdzie szybciej niż wam się wszystkim zdaje.

Środa, 5 kwietnia, godz. 17.00, ul. Mościckiego 34/36, „Sploty” (dawna Euforia). Spotkanie z Anną Dzierzgowską, nauczycielką historii z Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia w Warszawie, współtwórczynią Społecznego Monitora Edukacji, współautorką kilku raportów dotyczących edukacji, feministką.

Uliczna patronka

Gdyby miasteczko powiatowe chciało być mniej powiatowe, a bardziej metropolitarne, to ustawie dekomunizacyjnej pokazałoby wyprostowany środkowy palec. Polegałoby to na tym, że ulica Oskara Langego nazywałaby się ulicą Oskara. Kropka.

Uniknęlibyśmy przy okazji farsy z typowaniem nazw ulic przez dwudziestoosobowe gremium i głosowania przez naród. Przy okazji zastanawiam się, czy dożyję czasów, gdy – bez pisowskiej zaciekłości i triumfalizmu – za to z pokorą, wręcz z pewnym zawstydzeniem, będą zdejmowani z szyldów Lech Kaczyński i małżonkowie Kaczyńscy, bo że tak się stanie, to pewne.

Nie sądziłam, że patronką ulicy zostanie Wanda Panfil. Duże zaskoczenie i ambiwalentne odczucia. Z jednej strony wystawianie pomników za czyjegoś życia, to spore ryzyko. Wielu znawców tematu w tym historyków mówi, że to zbędny pośpiech, a wielkość jak jest wielka, to się sama obroni. Upływ czasu tylko gruntuje ten stan. Nie znam Wandy Panfil. Podziwiam jej sportowe osiągnięcia, wytrwałość. Skoro zdecydowała się uczestniczyć w „ulicznym plebiscycie”, to znaczy, że jej ego dorównuje rozmiarem dystansowi, na którym biegała. Współczuję, że, by nadal funkcjonować w tym co lubi robić, musi wspierać władzę, w dodatku tę, która tak gardzi kobietami. Przypomnę w tym miejscu, że do 1967 r. mężczyźni zabraniali kobietom biegania w maratonach. Później też by zabraniali, ale pewna Amerykanka, Kathrine Switzer, ukryła imię pod literką K. twarz w kapturze, pobiegła, przebiegła i tak już zostało. Dzięki niej Wanda Panfil i inne, kobiety biegają w maratonach, a panowie mogą się z nimi fotografować.

Z drugiej strony, uczynienie patronką ulicy kobiety (jedynej w zestawie) to znak, że mieszkańcom miasteczka powiatowego brakuje niewiast w przestrzeni publicznej. Ostatni raz patronką ulicy w tym mieście została kobieta jakieś 40 lat temu. Było to najprawdopodobniej w 1981 r., a ta kobieta, to tomaszowska poetka Teresa Gabrysiewicz-Krzysztofik.

Napiszę nieskromnie, że mam niejaki udział w podnoszeniu świadomości w dziedzinie braku kobiet w życiu społeczno-politycznym. I tym samym jakiś drobny udział w tym, że ulica otrzymuje patronkę nie patrona.

Macie się nad czym zastanawiać panowie przekonani, że męską hegemonia jest wam dana raz na zawsze.

Właśnie leci kabarecik

Z powodu pozbycia się kilka lat temu domowego telewizora dopiero teraz w internecie obejrzałam powrót „Powiatowej” ze szczytu UE w Brukseli. Wracała z tarczą witana wiąchami kwiatów przez swoich z Jaro na czele.

Patrzyłam na tę scenkę kilka razy. Nie mogę uwierzyć, że oni tak naprawdę. Pan Janeczek, pan Piotruś, panna Basieńka, Turecki. Wszystkie te postaci z „Kabareciku” Olgi Lipińskiej teraz, jak żywe. Dobra, „gorszy sort” rozdziawia gęby od roku i pięciu miesięcy, ale co z wyznawcami pisowskiej religii?

W miasteczku powiatowym jest ich w nadmiarze. Niektórzy ukończyli jakieś szkoły i potrafią ze zrozumieniem czytać. Oznacza to, że w życiu kierują się cynizmem i konformizmem, albo nie mieli już siły znosić biedy i są tam gdzie są, pomimo że moralne wybory wskazują zupełni na coś innego.

Jak się teraz czują? Nie zapala im się jakieś czerwone światełko? Nie czują, że czas już opuścić piaskownicę? Jak tam pisowskie panie nauczycielki znoszą niepohamowany niczym upór pani Zalewskiej? Jak panie pielęgniarki rozmawiają ze swoimi córkami i koleżankami o tabletce ellaOne po tym, jak pan Radziwiłł zdecydował, że ta będzie na receptę? Wiecie, że za dwa lata będziecie musieli zapieprzać na wynik Saryiusza-Wolskiego, na którego do tej pory pluliście?

No dobra, to wszystko pikuś. Wobec tego, że wasze córki i synowie mogą już nie jeździć do wrogiej UE. Że wasz wódz robi wszystko byśmy stali się rosyjską republiką. Nie czujecie, że wam się zaciska pętla na szyi?

A jak w końcu ta ekipa z „Kabareciku” zaplącze się w sznurówki, to jak będziecie żyć w tym miasteczku powiatowym? Wiem, liczycie na to, że sitwa was obroni.